Opowieści ze spektrum – meltdown

Jako osoba autystyczna doświadczam na co dzień przeróżnych problemów i trudności. Z większością z nich staram się sobie radzić i mam przeróżne sposoby. Jednak dzisiaj chciałabym opowiedzieć o czymś, czego staram się unikać. Czasami lepiej jest zadziałać na czas i uniknąć bolesnej sytuacji lub przygotować się do niej odpowiednio, niż późnej mierzyć się z jej konsekwencjami.
Chciałabym dzisiaj opowiedzieć o meltdown’ach.
Wiadomo, że mózg osoby na spektrum autyzmu działa inaczej niż mózg osoby neurotypowej. Inaczej widzimy świat, inaczej go czujemy, inaczej rozumiemy i czasem też, inaczej się komunikujemy. Mamy bardziej wrażliwy układ nerwowy, przez co występują u nas zaburzenia sensoryczne. Łatwiej się przestymulowujemy i jesteśmy wrażliwsi na przeróżne bodźce, które bardzo szybko nas męczą. Kiedy znajdziemy się w niesprzyjających dla nas warunkach, na przykład na ruchliwej, głośnej ulicy. Światła i kolory boleśnie „biją” po oczach. Dźwięki samochodów, muzyka i głośne rozmowy przechodniów, bolą w uszy. Przeróżne zapachy kręcą w nosie i w żołądku, a zimny wiatr zostawia bolące smugi na skórze, wtedy nasz układ nerwowy przeciąża się i może dojść do meltdownu. Jeśli nie zareagujemy w porę, to zamieni się on w shutdown, który jest groźniejszy. Dlatego zawsze warto zareagować w odpowiedni sposób, żeby go uniknąć.
Oprócz zbyt dużej ilości jednoczesnych bodźców, do meltdownu może doprowadzić również jakaś nagła niespodziewana sytuacja, zaburzenie rutyny, czy ogólne przytłoczenie ludźmi lub obowiązkami.
U różnych osób meltdown objawia się w różny sposób. Bardzo często występuje brak kontroli nad reakcjami. Niektórzy stają się rozdrażnieni, poddenerwowani, zaczynają stimować o wiele mocniej, niż zazwyczaj. Inni stają się jeszcze bardziej wrażliwi na bodźce, odczuwają fizyczny ból w całym ciele, mogą płakać bądź krzyczeć. Czasami występuje autoagresja (uderzanie głową o ścianę, drapanie się), więc należy zadbać o bezpieczeństwo. Bardzo często w trakcie meltdownu czujemy, że natychmiast musimy uciec. U mnie osobiście każdy meltdown zaczyna się od ogromnego ataku paniki i bardzo często kończy się omdleniem, dlatego muszę być bardzo ostrożna, ponieważ może mi się to przytrafić w każdej chwili.
Cała sytuacja dla osoby z boku może wydać się dramatyczna i zadziwiająca, ponieważ ktoś nagle traci kontrolę, zaczyna krzyczeć lub mdleje. Na szczęście są sposoby, żeby takiej osobie pomóc. Bardzo dobrym pomysłem jest zabranie nas w ciche i bezpieczne miejsce. Nie należy krzyczeć (dźwięki nas krzywdzą) ani robić wymówek („nie przesadzaj nic się nie dzieje”, „nie rób afery” „a ta znowu dramatyzuje”), bo sprawiają przykrość, powodują poczucie winy i jeszcze większe przytłoczenie. Nie należy nas wtedy również dotykać, przytulać (chyba, że sami chcemy), ani tym bardziej szarpać, bo niektórych z nas dotyk boli, a podczas meltdownu boli jeszcze bardziej. Należy zachować spokój i zapytać czego potrzebujemy, choć nie zawsze będziemy wiedzieli. Czasami podczas meltdownu (dotyczy to również mnie), osoba z ASD staje się niewerbalna, to znaczy, że nie daje rady mówić. Nie wolno zmuszać nas na siłę do mówienia, bo będzie jeszcze gorzej. Można zadawać proste pytania, na które odpowiemy kiwaniem głowy. Ważne jest też, żeby będąc już w bezpiecznym miejscu, nie popędzać nas. Potrzebujemy czasu na uspokojenie. Czasu, który nie może być z góry określony. Nerwowe zerkanie na zegarek i wzdychanie lub popędzanie pogorszy tylko sprawę. Zazwyczaj jesteśmy w stanie sami się uspokoić, jeśli warunki i otoczenie są sprzyjające. Potrzebujemy ciszy, ciepła, bezpieczeństwa i cierpliwości, wtedy wszystko wróci do normy.
Meltdowny bardzo wyczerpują i zawsze, kiedy taki przeżyję, muszę się przespać, ponieważ mój organizm jest wycieńczony. Jeśli w porę nie zareagujemy i nie przejdziemy w bezpieczne, ciche miejsce, to meltdown zamieni się w shutdown, który jest pogłębieniem meltdownu. Mam kilka sposobów, żeby tego unikać. Staram się nie wychodzić sama z domu. Przeraża mnie wizja omdlenia w autobusie czy na ulicy, ponieważ moje zaburzenia sensoryczne są bardzo silne i wystarczy mała, niepozorna rzecz (np. słoneczny dzień, biały kolor ścian, głośna rozmowa w autobusie lub dziwny zapach), żeby „lawina ruszyła”. Dlatego zawsze mam przy sobie plecak z rzeczami, które mi pomagają. Mam w nim picie, banana i miętusy, które ratują jak zrobi się słabo. Mam też zabawki sensoryczne do stimowania i pluszaka do przytulenia. Stimuję bardzo mocno, co rozładowuje napięcie. Macham rękoma, lub klaszczę. Pomocna jest gra lub kolorowanka, które odciągną na chwilę uwagę od uczucia dyskomfortu w ciele, który występuje przed atakiem paniki. Proszę męża, żeby po cichu mnie „zagadał”, albo śpiewamy, nie przejmując się, że ktoś się patrzy. W moim przypadku śpiewanie, to też stimowanie. Mam też czapkę z daszkiem, słuchawki i maseczkę, żeby zmniejszyć ilość bodźców docierających do mnie.
Wiele lat doświadczenia nauczyło mnie, że moje meltdowny nie są nerwicą, pomimo, że często były z nią mylone. Dlatego sposoby na nerwicę są tu nieskuteczne. Przetrzymanie i czekanie na siłę w głośnym miejscu i takie modne ostatnio „poszerzanie strefy komfortu”, jeszcze bardziej mnie skrzywdzą i wykończą, zamiast pomóc. W każdej minucie swojego życia jestem poza strefą komfortu, tu nie ma już czego poszerzać. Dlatego wyznaję zasadę, że kiedy tylko czuję nadchodzącą panikę i osaczenie bodźcami, to natychmiast opuszczam dane miejsce i próbuję się uspokoić z dala od ludzi i zgiełku. Działa o wiele lepiej. Dlatego zachęcam was, osoby na spektrum autyzmu, do szukania też swoich własnych sposobów wyciszania się. A was, osoby neurotypowe proszę o cierpliwość i ciepło, ale też o nieosądzanie z góry naszego zachowania. Nigdy nie wiadomo co ktoś przeżywa i jak czuje się w środku. Zawsze lepiej najpierw zapytać, niż osądzić, że ktoś jest gburem, bo wyszedł nagle z imprezy, lub dramatyzuje, bo zaczął płakać. Nic nigdy nie jest powierzchowne i warto zawsze znać przyczyny i nie ranić innych swoim osądem.

 

Iza Kurkowska- Michu
Samo-rzecznikcza